Podróże,  Program Erasmus

Erasmus w Hiszpanii: 5 rzeczy, których się nauczyłam

Pisanie  na temat wspomnień i przemyśleń dotyczących Erasmusa jest jak próba przekonania fanatyków teorii spiskowych, że Ziemia nie jest płaka – bardzo trudne. Niektórych rzeczy po prostu nie da się opisać słowami, ale spróbuję. Dziś będzie o kilku rzeczach, których nauczył mnie Erasmus w Hiszpanii.

 

To, co o mnie myślisz, to w sumie nie mój problem

 

„It’s not ain’t that I’m too big to listen to the rumours, it’s just I’m too damn big to pay attention to ’em” – to są słowa Dr. Dre z „What’s the difference” i muszę przyznać, że trafiają do mnie w stu procentach.

Na początku mojego Erasmusa wszystko wyglądało inaczej. Ludzie mówili „Uważaj, co robisz, bo Cuenca jest pequeña”. I faktycznie, przez pierwsze imprezy sama kątem oka śledziłam, co się dzieje w okół. Nie interesowało mnie to AŻ tak bardzo, ale wiecie, człowiek z natury jest trochę wścibski. Wtedy byłam również byłam bardziej nieśmiała. Bałam się iść na imprezę bez moich koleżanek, bałam się wygłupić czy mówić po hiszpańsku. Powód moich lęków był jeden – bo co oni o mnie pomyślą?

Jak to wyglądało pod koniec pobytu? Cóż, zupełnie inaczej.

Kiedyś moja koleżanka powiedziała – „Pieprzyć to, nie jestem nawet w swoim kraju!”

Właśnie! Słysząc to, pomyślałam, że skoro jestem tutaj na tak krótki czas, to czemu miałabym przejmować się tym, co inni pomyślą? Większość z nich nawet nie zwraca na to zbytniej uwagi. W końcu każdy ma swoje życie. Zatem to, że upijesz się na imprezie tylko z pozoru wydaje się być końcem świata. W rzeczywistości nikt nie poświęca temu incydentowi zbyt wielu myśli. Jeśli jednak poświęca, no to chyba nie chcesz się zadawać z taką osobą, prawda?

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że na wyjeździe, który ma konkretną datę zakończenia, łatwiej jest mieć wszystko gdzieś, niż zachowywać się tak w mieście, w którym się żyje. Niemniej,  trochę luzu nie zaszkodzi nikomu.

Nie zrozumcie mnie źle, robienie z siebie debila nie jest najlepszym pomysłem, ale spinanie tyłka tym bardziej. A dlaczego? To już w punkcie drugim.

Jesteśmy młodzi

W popkulturze znane także jako YOLO.

Znacie takie sytuacje, że ktoś w grupie rzuca pomysł – dajmy na to wspólnego wyjazdu nad morze – i wszyscy są mega podekscytowni, chętni i ogólnie pozytywnie nastawieni? Szybko jednak okazuje się, że nic z tego nie wynika i długi weekend każdy spędza licząc wałdy na brzuchu.

Mnie się zdarzyło i to nie raz.

W sensie taka sytuacja, a nie liczenie fałdek.

No dobra, obie rzeczy.

Podobnie kilka razy opuściłam jakąś imprezę lub odrzuciłam zaprszenie, bo mi się po prostu nie chciało ruszać tyłka spod koca. Zazwyczaj żałowałam. Zdarzało się też, że gdzieś wyszłam i również żałowałam. Bywa i tak, ale przynajmniej spróbowałam. Znacznie częśćiej jednak wracałam do domu z fajnymi wspomnieniami.

Czasami chyba każdy powinien zachować się jak bohater filmu „Jestem na tak” (swoją drogą polecam, pozytywny film na melancholijny wieczór jak znalazł).

– Idziemy na kawę?

– Pewnie!

_____

– Są tanie bilety do Madrytu, bukujemy?

– Jasne, im szybciej, tym lepiej!

_____

– Wiem, że trochę późno, ale może wpadniesz na wino?

– Czemu nie, i tak tylko oglądałam Netflixa.

_____

– Może sprawdzimy co się stanie po zmieszaniu wódki z wodą z ogórków?

– Eee…

Okej, nie musisz się zgadzać na WSZYSTKO (nawet lepiej, kiedy się nie zgadzasz na wszystko). Nie musisz wychodzić codziennie czy nawet co tydzień. Każdy ma prawo do gorszego samopoczucia czy zmęczenia. Jeżeli czujesz się dobrze zostając w domu i nie uważasz, że cokolwiek tracisz, no to super. Ważne, żeby działać zgodnie ze swoimi upodobaniami.

Jeśli jednak tak jak ja masz czasami myśli, że coś ci umknęło, to pomyśl nad tym. Uważaj, żeby nie obudzić się za kilka lat z myślą, że właściwie nic niezwykłego Cię nie spotkało. Chciałabym mieć w przyszłości album wypełniony zdjęciami z festiwali, imprez, eventów, spotkań z przyjaciółmi, podróży i ogólnie miłych chwil. Album pełen czegoś więcej niż fotki mojego kota, który w tamtej chwili wyglądał jak reainkarnacja Hitlera. Chociaż to też warto uwiecznić, oczywiście. Młodość ma swoje prawa, już to kiedyś mówiłam. Korzystajmy z tego, co nam oferuje.

 

 Zapamiętaj moment

 

W końcu już się nie powtórzy.

Erasmus w Hiszpanii – ten folder liczy jakieś 500 zdjęć. Póki co wywołałam 270, planuję jeszcze ze 100. Mnóstwo wspomnień uwiecznionych na obrazku, a każde opowiada inną historię. Mówi o innym człowieku, inny wyjeździe, innych emocjach.

Wydaje mi się, że czasami nie doceniałam tych zwykłych, codziennych momentów; spotkań na kawę, spacerów nad rzeką*, rozmów z ludźmi… Ot, normalnych spraw, które dopiero po czasie wydają się takie piękne i niezwykłe, bo… Bo minęły i nie wrócą. Może właśnie dlatego tak bardzo lubię wywoływać zdjęcia. W końcu w pewien sposób one ten moment uwieczniają. Mogę powrócić doń wspomnieniami za każdym razem, kiedy otworzę album. Oczywiście – nigdy nie zapomnę wycieczki na Teneryfę czy do Walencji, ale co z rzeczami mniej spektakularnymi, jednak równie wspaniałymi? W końcu na nasze ogólne poczucie szczęścia nie składają się niesamowite momenty, tylko właśnie te codzienne. Mam zamiar teraz uwieczniać te momenty, dzięki którym się uśmiecham, gdyż to one są, paradoksalnie, najważniejsze.

*W sumie nie mam obok siebie żadnej rzeki, więc tym bardziej powinnam to doceniać, eh.

 

To nie chodzi o miejsce, to chodzi o ludzi

Kiedy już zdecydujesz się na Erasmusa, to największym dylematem jest wybr destynacji – najpierw kraju, później miasta. Rozważa się wszystkie „za” i „przeciw” – kwestie finansowe, językowe, a także – chyba przede wszystkim – ile takie miasto może nam „dać”.

Prawda jednak jest taka, że miejsce nie jest najważniejsze. Najważniejsi są ludzie. Możesz mówić, że nie lubisz miejsca, w którym mieszkasz, ale tak naprawdę możesz nie lubić ludzi, którzy Cię otaczają. Analogicznie – kiedy kochasz ludzi wokół Ciebie, wówczas kochasz też miasto, w którym żyjecie.

Myślę, że napiszę osobny post na temat wyboru miejsca na Erasmusa (wiadomo, mimo wszystko to ważna kwestia).  Jedno jednak jest pewne – gdziekolwiek nie pojedziesz, to będziesz zadowolony tak długo, jak będziesz czuć miłość bijącą od ludzi obok. Niezależnie czy to Erasmus w Hiszpanii czy w jakikolwiek innym kraju.

Ja miałam takie szczęście, że spotkałam mnóstwo, MNÓSTWO cudownych osób, dzięki którym ten wyjazd był niezapomnianą przygodą.

Jestem wdzięczna za każdego napotkanego człowieka – nawet, jeśli niektóre znajomści kończyły się płaczem. Wtedy przynajmniej mogłam się czegoś nauczyć. Nie jestem w stanie wyrazić słowami, jak wiele zawdzięczam ludziom, których tam poznałam i jak wiele mnie nauczyli. Zresztą, już w poprzednim tego typu wpisie pisałam, jak niesamowitą życzliwość potrafią okazać, często obce, osoby.

Pamiętam, jak byłam w szpitalu i wrzuciłam zdjęcie na insta stories i dostałam kilkanaście wiadomości od znajomych, pytających czy wszystko okej. Wracając w nocy sama spotkałam dwie dziewczyny, które zaproponowały, że mnie odprowadzą, bo samej to niebezpiecznie. Jak siedziałam sama na ławce smutna, to podszedł do mnie obcy chłopak i wręczył nieotwartą puszkę piwa, mówiąc „Ja mam dwie, a tobie się poprawi humor”. Z tymi słowami po prostu poszedł 😀

Nie muszę chyba wspominać o moich przyjaciołach, bo jest to dosć oczywiste. Powiem tylko, że miałam niesamowite szczęście i szczerze wierzę, że nasze drogi jeszcze się splotą. A propos…

 

To nie jest pożegnanie dopóki tego nie nazwiesz

 

Jednej rzeczy nikt ci nie powie o Erasmusie. To dotyczy zresztą wszystkich tego typu doświadczeń – wyjazdów, wolontariatów, wymian, praktyk itd. Mianowicie, nikt nie powie ci, jak cholernie trudne są pożegnania. Tego dowiadujesz się dopiero pod koniec, kiedy spotkania z przyjaciółmi są bardziej nostalgiczne i refleksyjne aniżeli szalone i spontaniczne. Nie mówisz już „Chodźmy do jakiejś nowej knajpy”, tylko „Chodźmy tam, gdzie zwykle i weźmy to, co zawsze”. To jest oczywiście super uczucie – mieć coś swojego, własnego – ale nie wtedy, kiedy uświadamiasz sobie, że to miejsce już wkrótce nie będzie „Twoje”. Ty wrócisz do wojego startego życia, a przygoda rozpocznie się dla kogoś innego.

Jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu był właśnie ostatniego dnia w Hiszpanii. Po raz ostatni wsiadłam w autobus do Madrytu, żeby lecieć na lotnisko, żegnając na dworcu moich przyjaciół.

To jest, myślę, najsmutniejsza część tego typu doświadczeń, ale zarazem bardzo potrzebna. Podobnie miałam kończąc liceum, wyjeżdżając z Barcelony czy z Anglii. Niezaprzeczalnie niezwykle bolesne doświadczenie. Często towarzyszy mu przekonanie, że już nigdy nie będzie aż tak cudownie… Ale to nieprawda. Będzie zarówno cudownie, jak i inaczej. Po prostu.

To jest trudne, ale staram się myśleć w inny sposób.

Jak mam pożegnać coś, co tak naprawdę się nie kończy?

Okej, kończy się wymiana, ale nie wspomnienia, pamiątki, ludzie czy doświadczenia. Wszystko, czego się nauczyłam i to, co przeżyłam, zabieram ze sobą. Fakt, że przyjaciółka wraca do innego kraju (a nawet na inny kontynent) nie musi oznaczać końca cudownej znajomości. To także możliwość zwiedzenia nowego kraju, nowej kultury, przygotowanie wspólnej wyprawy… Erasmus nie jest czymś, co ma datę wygaśnięcia, a czymś, co zostaje w tobie.

Często mówiliśmy, że to nie jest „Adiós” tylko „Hasta luego”. Z tego powodu wolę mówić „Do zobaczenia pewnego dnia” aniżeli „Żegnaj”. Wiem, że z połową moich erasmusowych przyjaciół pewnie nigdy się nie zobaczę, ale wiem też, że życie potrafi robić niezłe plot twisty, także… Nigdy nie wiadomo ; )

 

Podsumowując

Za każdym razem, kiedy będę miała chwilowy kryzys w życiu, to pomyślę, że mój Erasmus w Hiszpanii wynagradza mi wszystko. Trudno mi uwierzyć, jak wiele rzeczy może się wydarzyć w ciągu tylko pięciu miesięcy. Jakbym miała wymienić wszystko, czego nauczyłam się i doświadczyłam, to ten post byłby dłuższy niż Biblia 😀 Nie ulega wątpliwości, że Erasmus w Hiszpanii wywrócił moje życie do góry nogami, robiąc przy tym salto i trzy fikołki.

 A  na dokładkę dorzucam bonusową „lekcję” – bardzo ważną:

NIGDY NIE UFAJ HISZPANOM* I NIE ŁĄCZ SANGRII Z INNYM ALKOHOLEM.

*Właściwie, to nie ufaj żadnym facetom. Ufaj tylko swojemu ojcu, kiedy mówi, że jest jedynym facetem, któremu możesz ufać.

About

Zakochana w podróżach studentka dziennikrstwa. Sercem w Hiszpanii. Przeżyła atak wściekłych krów.

Zakochana w podróżach studentka dziennikrstwa. Sercem w Hiszpanii. Przeżyła atak wściekłych krów.

  • S261 takie miejsca w ktoacutere trafiasz troch281 z przypadku troch281
  • Ive visited few cities towns and villages in Europe All
  • I dont look dangerous do I? Im rather short always
  • Things I should have done today 1 Prepare activities for