Podróże,  Przemyślenia,  Życie w Holandii

Jak znalazłam się w Eindhoven

Odkąd pojechałam na Erasmusa, staram się tak prowadzić swoje życie, aby móc na starość wspominać młodość z poczuciem, że to był dobrze wykorzystany czas. I jestem naprawdę szczęśliwa z faktu, że jakoś mi się to udaje. Teraz jestem w Eindhoven – mieście technologii, w którym więcej jest informatyków i inżynierów niż spódnic. Mieście, które kojarzy się z Philipsem, ASML czy VDL. A ja? Jakimś cudem trafiłam do branży związanej sportem.

No właśnie – jakim cudem?

Moim celem od zawsze było wyjechanie po studiach i – oczywiście – w planach miałam praktyki z Erasmusa. Dlaczego? Bo chciałam powtórzyć to, co wydarzyło się w Hiszpanii. Bo wydawało mi się to łatwym rozwiązaniem, przyjemnym…

Marzyła mi się Grecja, bo w swoim życiu poznałam mnóstwo Greków, którzy sprawili, że zachciałam zwiedzić ten kraj wzdłuż i wszerz. Myślałam o północy Włoch, o Portugalii czy powrocie do Hiszpanii.

Wyszło, jak widać. Holandia nigdy mnie nie ciągnęła. Co się zmieniło w moim myśleniu, że wybrałam coś, co zupełnie odbiega od moich wyobrażeń?

Zaczęło się od spontanicznej wycieczki do kraju tulipanów w listopadzie ubiegłego roku. Spotkałam się tam ze znajomymi poznanymi w Hiszpanii oraz miałam okazję poznać Holandię nieco lepiej. Później przyszedł czas refleksji na ten istotny temat – moja przyszłość. I o ile śródziemnomorskie klimaty wydawały mi się idealne na pierwszy rzut oka, to jednak później uświadomiłam sobie, że są mi znane i cóż… Nie są ekonomiczną potęgą Europy. Pomyślałam sobie, że może to już czas zdecydować się nie na tę opcję, która jest łatwa i przyjemna, a wybrać coś nieznanego i być może zostać tam na dłużej.

Drogą eliminacji wykluczyłam z mojej listy potencjalnych państw Niemcy (bo nie lubię i nie znam języka), Szwajcarię i Austrię (piękne kraje, ale również – nie znam języka), większość Skandynawii (jakoś mnie nie ciągnie), Wysypy (bo byłam) i… Została Holandia, Dania, Finlandia i Irlandia – na tych krajach chciałam się skupić.

Dziecko w czepku urodzone

Jeżeli kiedykolwiek szukaliście pracy, to wiecie, że CV można wysyłać tygodniami w ilościach hurtowych i wciąż nie dostać żadnej odpowiedzi.

Mi się to nie przytrafiło.

Miałam ogromne szczęście. Wysłałam trzy aplikacje na próbę – do Kopenhagi, Helsinek i Eindhoven. Dania i Finlandia zabiły mnie nieco swoimi wymogami i cenami, za to sprawa inaczej miała się z Holandią – po jednej rozmowie na Skype zdecydowaliśmy się na współpracę.

Mało tego, usłyszałam, że mogłabym spróbować swoich sił w programie Erasmus dla Młodych Przedsiębiorców.

Spróbowałam. Nie było łatwo, bo musiałam napisać biznes plan, a tego nie uczą na dziennikarstwie. Ku mojemu zdziwieniu, udało się. To oznaczało również większe stypendium (o jakieś 300e), dzięki czemu mogłabym przeżyć w tym mieście.

Kolejnym dużym szczęściem było szukanie mieszkania. Nie, wróć – ja go nawet nie musiałam szukać. Dzięki mojej przyjaciółce, która tu mieszka, miałam zaklepany pokój w super cenie i w bezpiecznej okolicy. A musicie wiedzieć, że w Eindhoven szybciej znaleźć pracę niż zakwaterowanie. Tym bardziej w dobrej cenie.

Również okazało się, że moi znajomi ze studiów będą się przeprowadzać do tego samego miasta.

Z kolei moje walizki mogą pojechać do Eindhoven kilka dni przede mną. Było to BARDZO wygodne dla mnie, bo mogłam zapakować tam jedzenie i rzeczy, których normalnie nie byłabym w stanie przewieźć samolotem.

Brzmiało zbyt pięknie, aby było prawdziwe…

Jeśli ktoś mnie zna, to wie, że lubię przypisywać rzeczom znaczenie. Często gdybam, a jednym z moich ulubionych filmów jest „Efekt Motyla”. Zresztą, na studiach napisałam cały esej an ten temat. Zagłębiłam się w to, jak jedna, mała rzecz może mieć wpływ na wielkie rzeczy.

 

I kiedy opowiadam komuś tę historię do tego momentu, to często słyszę, że miałam ogromne szczęście (to prawda!) i być może los tak chciał – żebym z jakiegoś powodu się tu znalazła. Sama w to wierzyłam, dopóki sprawy nie zaczęły się… psuć.

Nie będę się wgłębiać w szczegóły, ale powiem krótko, że lipiec był bardzo trudnym miesiącem dla mnie. Pełnym pożegnań i poczucia samotności. Gwoździem do trumny były natomiast problemy z moimi praktykami, z papierkologią, z ludźmi… Krótko mówiąc – przed wyjazdem płakałam niemal codziennie z tego stresu.

Muszę też przyznać, że Eindhoven było bardzo ryzykowne, ponieważ do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy tam pojadę, a żadnego planu B (oczywiście, w końcu to ja) nie miałam.

Czy naprawdę był ku temu powód?

Kiedyś zobaczyłam obrazek, który bardzo mnie urzekł swoją prawdziwością. Głosił, co następuje:

Nic nie dzieje się bez powodu, ale czasami powodem jest to, że jesteś idiotą.

Jeszcze niedawno byłabym przekonana, że naprawdę los chce, abym znalazła się tu, gdzie teraz jestem. Bo może spotkam tu partnera biznesowego, przyszłego męża czy wpadnę na pomysł wart milion dolarów. Powód jakiś może i jest, ale z drugiej strony – czy to musi być taki big deal?

Może chodzi o to, żeby ponarzekać trochę na pogodę – porywistość wiatru, jej zmienność i to, jak często pada tu deszcz.

 Albo o to, by znaleźć się tam, gdzie nie powinno mnie być.

Spaść z roweru niczym pięciolatka.

Patrzeć na zdziwione miny ludzi, kiedy mówię im, że w sumie to bardzo mi się to Eindhoven podoba.

Iść na randkę i tego żałować.

Albo nie.

Czuć zapach marihuany na mieście i pomyśleć sobie „Tak jest, jestem w Holandii. Nie ma egzotyki, ale też jest fajnie”.

Bo przeżywam coś nowego i nieznanego. Nie zawsze jest łatwo, ale to jedno z tych doświadczeń, które wiem, że będę na starość wspominać z uśmiechem na ustach. Jedno z wielu.

I może to jest właśnie ten powód.

About

Zakochana w podróżach absolwentka dziennikarstwa. Sercem w Hiszpanii, obecnie w Holandii. Przeżyła atak wściekłych krów.

Zakochana w podróżach absolwentka dziennikarstwa. Sercem w Hiszpanii, obecnie w Holandii. Przeżyła atak wściekłych krów.