Przemyślenia,  Życie w Holandii

Jak przetrwać pandemię

Kiedy w styczniu świat obiegła informacja, że w chińskim mieście Wuhan pojawił się nieznany wirus, mało kto traktował zagrożenie  bardzo poważnie. Ludzie bardziej skupili się na tworzeniu memów. Zresztą robią to do tej pory a ja – powiem szczerze –  nie mam nic przeciwko. I wiecie, ja również nie spodziewałam się, że moje życie na kilka tygodni zmieni się diametralnie i to na gorsze. Ale po kolei.

Andrzej Duda z zaciekawieniem otwiera tajemniczą puszkę, laboratorium w Wuhan 2019 korona wirus - Paczaizm.pl

 

Nie ma pracy, nie ma kasy

Styczeń nie był dla mnie łaskawy. Skończyłam program, dzięki któremu miałam szansę mieszkać w Holandii i przymierzałam się do znalezienia pracy. Okazało się jednak – co nie powinno mnie zaskoczyć – że emigrantka bez większego doświadczenia i znajomości języka nie jest osobą, o którą biją się pracodawcy. Było więc trudno, kasa się kończyła, a na domiar złego, ostatniego dnia stycznia potrąciło mnie auto.

Luty był nieco lepszy, ponieważ udało mi się znaleźć pracę jako kelnerka, a i jakaś dodatkowa gotówka wpadła. Był karnawał, były walentynki… Wydarzyło się kilka miłych rzeczy. Nawet miałam szczęście spędzić weekend z moją rodziną, odwiedzić Amsterdam oraz Rotterdam, a także pokazać im Eindhoven.

A potem przyszła pandemia. I wszystko poszło się… Poszło sobie.

Wiedziałam, że w związku z pierwszym przypadkiem zachorowania w Tilburgu, Holendrzy zaczną brać sytuację bardziej na poważnie. Założyłam, że dwie rzeczy się wydarzą: albo ludzie przestaną przychodzić do kawiarni ze strachu albo rząd zamknie wszystko w pizdu.

Pracę rzuciłam, bo nie byłam pewna czy w ogóle dam radę finansowo. Szybko okazało się, że była to słuszna decyzja, bo kilka dni później rząd faktycznie nakazał zamknąć lokale gastronomiczne. Sytuacja zaczęła się robić napięta.

Moi współlokatorzy wyjechali do Polski. Miał być miesiąc, w praktyce wyszło dłużej. Przed wyjazdem zapytali się mnie, czy nie chcę jechać razem z nimi, do domu. Powiedziałam, że nie. Chciałam zostać i zostałam.

To samo pytanie zadali mi moi rodzice – w końcu i tak nie miałam wymarzonej pracy. Mogłabym siedzieć z nimi w domu, w Polsce. I tak miałabym płacone w euro (przez krótki czas dorabiałam jako dziennikarka), cały dzień pisania i bawienia się z psem.

Ja się jednak nie zgodziłam. Kochałam swoje życie w Eindhoven! Byłam przekonana, że już zaraz, za momencik zadzwonią do mnie z propozycją pracy. Wirus zniknie tak szybko, jak się pojawił. Zycie wróci do normy. Już zaraz, za momencik…

Nope.

Nasz dom, zazwyczaj głośny i pełny ludzi (mieszkaliśmy w siedem osób), nagle stał się jakiś taki… Dziwnie pusty. Zostałyśmy we trzy – plus szczur, ale on był takim typem lokatora, którego za wszelką cenę się unika.

Moje życie sprzed pandemii wydawało mi się być jedynie snem, bo wyjścia z przyjaciółmi, rozwijanie się i ogólna zabawa wydawały się być przy lockdownie marzeniem równie nieosiągalnym co prawdziwy Elvis Presley śpiewający na moim ślubie Love me Tender. I bynajmniej nie ze względu na Elvis, a na ślub – bo mogłabym być bohaterką każdego odcinka „Ja i moje przyjaciółki idiotki”.

Praca podczas pandemii

Kiedyś z zazdrością patrzyłam na diamentowe życie celebrytów, wypełnione dziajnerskimi torebkami i dzikimi imprezami, na których drogi szampan lał się litrami. Bardzo głupiutkie i naiwne było to myślenie. Podczas pandemii zaś, szybko pozazdrościłam zwykłym ludziom, którzy mogli w piżamie siedzieć na Home Office i narzekać na to. Praca zdalna była moim największym marzeniem w tamtym czasie.

 

Rzuciłam pracę jako kelnerka jeszcze zanim rząd zamknął lokale gastronomiczne. Na całe szczęście, mogłam pójść do pracy przez polską agencję na tzw. order picking. Pracę z mięsem (bo to trzeba było zbierać) zaczęłam z dnia na dzień. Na szczęście – bo miałam w końcu stałe, co tygodniowe źródło dochodu. Na nie szczęście – bo miałam wrażenie, że ktoś wyjął mnie z jednego wszechświata i rzucił w sam środek piekła wegańskiego piekła. Z tym, że to piekło nie było gorące, bo panowały tam minusowe temperatury.

Jak wyglądała moja codzienność?

Nigdy nie wiedzieliśmy, o której skończymy. Wszystko zależało od zamówień, ale ani razu nie zdarzyło mi się, aby to trwało 8 godzin. Najwcześniej wyszłam chyba o 21, najpóźniej – w nocy. Za każdym razem zaczynaliśmy o 10, więc można łatwo wywnioskować, że chociaż mogłam się wyspać, to zmęczona byłam codziennie.

Praca była oczywiście fizyczna. Nie byłam przyzwyczajona do czegoś takiego, więc pchanie stu-kilogramowych wózków z mięsem (w najgorszym przypadku; zazwyczaj i tak mogłam wybierać te mniejsze) dawało mi się we znaki.

Chyba jednak najbardziej uciążliwe było dla mnie to, że nie miałam życia. Wracałam do domu późnym wieczorem; trzeba było coś zjeść, a komu chce się przygotowywać zdrowe i zbilansowane posiłki o północy? Wlatywała połowa pizzy, a druga połowa szła do pojemnika i była zabierana do pracy następnego dnia.

Każda sobota była pracująca. W praktyce było to męczące, bo w piątek raczej się nie wyjdzie ze znajomymi; w końcu w sobotę trzeba przyjść do pracy. Z kolei w sobotę też nie wiadomo, o której się skończy. Podczas pandemii nie przeszkadzało mi to za bardzo, ale jakbym miała pracować tak codziennie, to naprawdę nie miałabym kiedy znaleźć czasu na cokolwiek innego.

I ta wizja mnie przerażała. Powiem wam szczerze, że przez cały miesiąc płakałam chyba niemal każdej nocy. Ze zmęczenia, wkurwienia i bezsilności. Nienawidziłam siebie, że nie wróciłam do Polski. Byłam przekonana, że moje codziennie życie sprzed pandemii już nie nigdy nie wróci, a ja utknę w alejce z kurczakami na długie miesiące. Na cholerę byłaś taka uparta?, pytałam samą siebie.

Sprawdzałam wiadomości o wirusie codziennie, samą siebie policzkując negatywnymi wiadomościami. Wychodziłam do toalety co chwilę, żeby odpocząć od tamtego miejsca – a musicie wiedzieć, że wchodziliśmy na czipy. System wiedział więc, kiedy odbijesz się przy bramce i jesteś na Sali. Za każdym razem, gdy się wychodziło, nie zarabiało się pieniędzy. Dosłownie, rozliczali cię z wyjścia na siku!

Ludzie w pracy rozmawiali głównie o… pracy. Dlaczego tyle zamówień? O której skończymy? Dlaczego ktoś miał wolne w sobotę, skoro w sobotę nie można mieć wolne? Czemu tak się opierdalasz?

A jak nie rozmowy o nadmiarze pracy (bo supermarkety potrzebowały więcej mięsa niż zwykle, przez lock down), to rozmowy o wirusie. Każdego dnia liczby zakażonych rosły wprost proporcjonalnie do strachu społeczeństwa. Byłam po prostu zmęczona psychicznie i fizycznie.

No właśnie, fizycznie… Zdjęcie na dole nie jest przeznaczone dla osób wrażliwych, więc z góry za nie przepraszam. Praca na chłodni, połączona z silną dezynfekcją rąk oraz lateksowymi rękawiczkami (na które chyba miałam uczulenie) skutkowała właśnie tym; dłońmi jak u potwora. Każdego wieczoru smarowałam je grubą warstwą kremu, oleju i wazeliny, płacząc z bólu.

Nie zrozumcie mnie źle; byłam wdzięczna, że w czasach, gdy mnóstwo ludzi straciło pracę, ja miałam cokolwiek. To nie było tak, że moje życie w tamtym momencie było złe. Ono po prostu nie było moje.

Próba przetrwania w Pandemicznym Uniwersum

Pamiętam, jak moja współlokatorka pocieszała mnie, że to tylko praca na chwilę.

Natomiast rodzice ostrzegali, że być może będę musiała tam posiedzieć z pół roku, dopóki nie znajdę czegoś innego. A jak wiadomo, środek lockdownu to najmniej korzystny okres na zawodowe odrodzenie się niczym feniks z popiołów.

Jedno z nich miało rację.

Wiedziałam, że nie mam za dużo doświadczenia. Zresztą pisałam już o tym w poprzednim poście; imigrantka z bez doświadczenia i bez znajomości języka nie sprawia, że rekruterom serce zaczyna bić szybciej. Niestety, od Uniwersytetu Zielonogórskiego do BBC daleka droga.

Zaczęłam kurs na platformie edx. Kurs nazywał się “Storytelling for social change” i dopasowywał się idealnie dla kogoś, kto wiąże swoją przyszłość z pisaniem. Starałam się robić go codziennie, po trochu. Wracałam o północy i do godziny pierwszej siedziałam nad notatkami.

Ciekawostka: podczas jednego z wykładów, przedstawione było czytanie skryptu The Grapes of Wrath Johna Steinbecka. Poniższy cytat sprawił, że poczułam się jakoś lepiej ponieważ w tamtym momencie uznałam, że pasuje on idealnie do pandemicznego uniwersum, w którym miałam nieszczęście żyć.

“We ain’t gonna die out. People is goin’ on-changin’ a little, maybe, but goin’ right on.”

 

Z dnia na dzień podjęłam decyzję o wyprowadzce. Trochę pomógł mi mój landlord-krejzol, który wymyślił sobie, że w sumie chciałby sprzedać dom (spoiler alert: do tej pory nie sprzedał). Decyzję bardzo ryzykowną, bo dość nieprzemyślaną i spontaniczną. Mało tego, pokój, do którego miałam się przeprowadzić był droższy i usytuowany w centrum miasta.

 

Z perspektywy towarzysko-logistyczno-imprezowej, okolica super! Z perspektywy dojazdu do pracy, która znajdowała się pod Eindhoven – niekoniecznie. Nie ma nawet co wspominać o autobusach, a 40 minut pedałowania po nocy nie brzmiało bardzo zachęcająco.

Jednak klamka zapadła, Alicja przeprowadza się w środku pandemii.

Ścięłam też włosy we własnym domu, korzystając z dobrodziejstw domowego fryzjerstwa i nożyczek kupionych w drogerii. Żałuję do dzisiaj, ale do tej pory uważam, że pierwsza wizyta w salonie fryzjerskim po lock downie była najlepszą w moim życiu.

Po nocach starałam się szukać pracy (bezskutecznie), uczyć holenderskiego (bezskutecznie)  i przetrwać – żadna z tych rzeczy nie szła mi wybitnie dobrze, ale hej! Próbowałam…

Każdą niedzielę oraz jeden dzień w tygodniu miałam wolny. W praktyce przeznaczałam ten czas na pisanie artykułów dla holenderskiej platformy, która zajmowała się szeroko pojętą tematyką start-upów, technologii i innowacji.

 

Moja kariera tam nie była specjalnie długa (o tym zaraz), nie miałam też za dużo czasu na pisanie. Poświęcałam temu zajęciu każdą wolną chwilę, starając się nakłonić osoby, które zgodziły się ze mną porozmawiać, aby znalazły dla mnie miejsce w kalendarzu akurat w środę na 12.00.

Była to jedna z niewielu rzeczy, która rozbudzała we mnie jakąś iskrę i pozwalała przetrwać czas, dopóki nie nadejdzie ten dzień, który będzie zalążkiem lepszej sytuacji. Wiecie, ten dzień, w którym powiedzą, że gdzieś tam jest tendencja spadkowa i od teraz będzie tylko lepiej.

American Dream

Tego dnia przygotowana byłam na jeden z gorszych dni  w mojej pracy – nocna zmiana, początek o 16, a koniec? Prawdopodobnie około 3-4 w nocy. Ostatnie dni nie należały do najprzyjemniejszych, więc byłam przygotowana na fizyczny i psychiczny rollercoaster.

Zbudzona zostałam o 11, kiedy mój telefon zawibrował – powiadomienie. Wciąż wpółśpiąca, sięgnęłam leniwie po komórkę i jeszcze nie do końca rozumiejąc, który mamy dzień tygodnia, starałam się połączyć literki w zdania.

Ktoś napisał do mnie na LindkedIn. Powiedział, że wpadł na mój profil i ciekawości obczaił mojego bloga. Spodobał mu się jeden post i uznał, że jestem ciekawą osobą.

Ja nie zmyślam. Ja naprawdę dostałam pracę dzięki blogowi, na którym piszę raz na pół roku!

Od razu zadzwoniliśmy do siebie – nie miałam pojęcia, kim ten człowiek jest, dla jakiej firmy pracuje i czy to nie jest żaden scam, bo całe życie żyłam z myślą, że jak coś jest too good to musi być też to be true.

Po tej rozmowie miałam godzinę przerwy zanim połączymy się ponownie, tym razem z managerem działu. Godzina na wstanie z łóżka, zjedzenie śniadania i przygotowanie się do rozmowy kwalifikacyjnej, z absolutnie podstawową wiedzą na temat tej firmy.

Pracę dostałam jeszcze tego samego dnia. Złożenie wypowiedzenie w fabryce mięsa było czymś tak cudownie wyzwalającym, że nawet trudno mi to opisać słowami.

I wiecie co? Uwielbiam moją pracę. Poznałam tam przyjaciół. Czuję się traktowana z szacunkiem, firma daje nam dużo i co najważniejsze panuje tam luźna, rodzinna atmosfera.

To był chyba najlepszy telefon, jaki kiedykolwiek w życiu odebrałam.

Pół roku później…

Czeka nas druga fala wirusowego szaleństwa. Znowu zalewają nas przerażające statystki, fake newsy, wiadomości o obostrzeniach w naszym, jak i sąsiednich krajach. Do tego bitewka My vs Oni – ludzie traktujący pandemię poważnie w kontrze korona sceptykom.  Czuję smutek, kiedy widzę miasto w piątkowy wieczór zupełnie puste, bo wszystkie lokale są zamknięte.

Szkoda mi ludzi, pracujących w branżach eventowych, gastronomicznych, podróżniczych…

Szkoda mi młodych ludzi, którzy czują, jak młodość ucieka im przez palce, szkoda mi ludzi starszych, którzy boją się pewnie bardziej niż my. Szkoda mi tych, którzy stracili bliskich, oszczędności, pracę czy po prostu wewnętrzny spokój.

Wielu ludzi mi szkoda i rozumiem, że każdy jest  zmęczony i zły. I właśnie dlatego piszę ten post. Jeszcze kilka miesięcy temu był moment, w którym poważnie myślałam o tym, że coś jest snem – albo Pandemiczne Uniwersum albo moje życie sprzed pandemii. Bo to niemożliwe, żeby dwie tak różne codzienności dzieliło jedynie dwa miesiące.

Pamiętam, jak raz wracałyśmy po nocnej zmianie do domu. Było już grubo po północy, ja czułam wszystkie mięśnie w moim ciele (nawet te, o których nie miałam pojęcia), dłonie błagały o amputację, a w tle powiewał maszt z logiem miłośników mięsa. Zorientowałam się, że nie widziałam moich przyjaciół od trzech miesięcy i momentalnie zachciało mi się płakać.

– Mam wrażenie, że to jest jakiś koszmar i tylko czekam na to, aż się z niego w końcu obudzę i to się skończy – powiedziałam wtedy do mojej współlokatorki.

A ona stwierdziła bez emocji:

– No właśnie o to chodzi, że to się nie kończy.

Dobrze, że nie miała racji.

About

Zakochana w podróżach absolwentka dziennikarstwa. Sercem w Hiszpanii, obecnie w Holandii. Przeżyła atak wściekłych krów.

Zakochana w podróżach absolwentka dziennikarstwa. Sercem w Hiszpanii, obecnie w Holandii. Przeżyła atak wściekłych krów.